Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/202

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Więc nie mów nikomu.
— Cóż z tego, że ja nie powiem... — rzekła, odwracając głowę.
— Może myślisz, że ja powiem?... — odparłem. — Jak ojca kocham, tak nikomu ani słówka.
— A Zosi?... Ona jest dobra do sekretu.
— Ani Zosi. Nikomu.
— Choć i bez tego wszyscy się dowiedzą. Ty jesteś taki podrapany, potargany... Ale, czekaj-no!... — dodała po chwili i obtarła mi twarz chustką. — Boże! czy ty wiesz, że ja ciebie nawet pocałowałam ze strachu, bom już nie wiedziała, co robić. Żeby się kto o tem dowiedział, spaliłabym się ze wstydu, choć naprawdę — z osą byłby także kłopot. Ach! co ja mam zmartwienia przez ciebie...
— Ale nie masz się czego obawiać — pocieszałem ją.
— Tak, nie mam! Wszystko się wyda, bo masz pełno liści w głowie. Zresztą, zaczekaj, ja cię uczeszę. Byle tylko z jakiego krzaka nie podglądała nas Zosia. Ona jest dobra do sekretu, ale zawsze...
Lonia wzięła ze swych włosów półkolisty grzebień i zaczęła mnie czesać.
— Ty zawsze jesteś potargany — mówiła. — Powinieneś czesać się tak, jak wszyscy panowie. O, tak!... Mieć przedział z prawego boku, nie z lewego. Gdybyś miał włosy czarne, byłbyś taki piękny, jak narzeczony mojej mamy. Ale żeś blondyn, więc uczeszę cię inaczej. Będziesz teraz wyglądał, jak aniołek, co jest pod Madonną. Wiesz, który... Szkoda, że nie mam lusterka.
— Kaziu! Loniu!... — zawołała w tej chwili Zosia, gdzieś od strony parku.
Zerwaliśmy się oboje, a Lonia była naprawdę przelękniona.
— Wszystko się wyda! — rzekła. — Och! ta osa!... A najgorsze to, żeś zemdlał...