Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/192

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ja nie słucham. Rwę piątą, szóstą i dziesiątą lilją, a potem liście.
Wyszedłem z sadzawki, zmoczony od stóp do głów, zabłocony powyżej kolan i na rękawach. Na brzegu Zosia płacze, Lonia nie chce brać kwiatów, a za niemi kryje się żółty ze strachu — Walek...
Widzę, że Lonia ma także łzy w oczach, lecz nagle zaczyna się śmiać:
— Patrz, Zosiu, jak on wygląda!...
— Boże! co powie tatko?... — woła Zosia. — Mój Kaziu, umyjże sobie przynajmniej twarz, boś cały zamazany.
Machinalnie dotykam nosa zabłoconą ręką. Lonia ze śmiechu aż siada na murawie. Zosia także śmieje się, ocierając oczy, a nawet Walek otwiera usta i wydaje głos podobny do beczenia.
Teraz jego spostrzegają dziewczynki.
— Co to jest? — pyta Zosia — skąd on się tu wziął?
— On tu przyszedł za twoim bratem — odpowiada Lonia. — Widziałam go, jak się skradał między krzakami.
— Boże! jaki on ma kapelusz!... Czego on chce od ciebie, Kaziu?... — mówi siostra.
— Chodzi za mną od kilku dni.
— Aha! to pewnie Kazio z nim się bawił, kiedy od nas uciekał... — odzywa się ironicznie Lonia. — Patrz, Zosiu, jak oni obaj wyglądają — jeden zalany wodą, a drugi nieumyty... Oj, zaśmieję się!...
To zestawienie z Walkiem wcale mi się nie podobało.
— No, mój Kaziu, umyjże się i idź do domu przebrać się, a my pójdziemy tymczasem do altanki — rzekła Zosia, podnosząc Lonię, która z nadmiaru uciechy była bliską spazmów.
Odeszły. Zostałem ja, Walek i — pęk lilij na trawie, których nikt nie podniósł.
„Takaż to nagroda za moje poświęcenie?“ — pomyślałem z goryczą, czując błoto w ustach. Zdjąłem czapkę. Strach, co