Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/186

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Ze mną wdawała się nawet czwarta klasa — odparłem podrażniony.
— Wszystko jedno, bo Adaś chodzi do szkół w Warszawie, a kawaler... Gdzie to kawaler chodzi do szkół?... Gdzie?...
— W Siedlcach — ledwiem odrzekł zdławionym głosem.
— A ja pojadę także do Warszawy — objaśniła Lonia i dodała:
Może kawaler powie Zosi, że już tu jestem...
I nie czekając na moją zgodę lub odmowę, pobiegła ku altance, wciąż skacząc.
Byłem odurzony; nie mogło mi się w głowie pomieścić, jak mnie ta dziewczyna traktuje.
— A dajcie mi spokój z waszą zabawą — pomyślałem, naprawdę rozgniewany. — Lonia to niegrzeczna, niedelikatna, to — smarkacz!...
Powyższe jednak uwagi nie przeszkodziły mi spełnić natychmiast jej rozkazu. Poszedłem do domu bardzo prędko, może nawet za prędko, zapewne skutkiem wewnętrznego wzburzenia.
Zosia brała już parasolkę, aby iść do ogrodu.
— No, wiesz — rzekłem, rzucając czapkę w kąt — poznałem się z Lonią.
— I cóż?... — spytała siostra ciekawie.
— Nic... tak sobie!... — odparłem, nie patrząc jej w oczy.
— Prawda, jaka ona dobra, jaka ładna?...
— Ach! nic mnie to nie obchodzi. Właśnie prosi cię, żebyś tam przyszła.
— A ty nie pójdziesz?
— Nie.
— Dlaczego? — spytała Zosia, zaglądając mi w oczy.
— Dajże mi spokój!... — oburknąłem. — Nie pójdę, bo mi się nie podoba...
Musiało być coś bardzo stanowczego w moim głosie, skoro