Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie przykrzy się panu w naszej okolicy?... pan przywykł do wielkiego miasta.“ A ja odpowiem: „Przykrzyło mi się, dopókim nie miał towarzystwa pani...“
W tej chwili pod powierzchnią wody mignął szczupak, mający z pół łokcia... Wobec podobnej rzeczywistości pierzchnęły marzenia. Tu, w sadzawce są takie ryby, a ja — nie mam wędki!...
Zerwałem się z czółna, chcąc zobaczyć, czy w domu są haczyki, i — o mały włos — nie potrąciłem Loni, która właśnie zabierała się do skakania przez czerwony sznurek.
Ryby, haczyki, plan zawarcia uroczystej znajomości — wszystko odrazu pomieszało mi się w głowie. Oto — szczupak!... Nawet zapomniałem ukłonić się Loni, gorzej jeszcze — bom zapomniał mówić. Ale co za szczupak!...
Lonia, śliczna szatyneczka, z wyraźnie zarysowanemi ustami, które co chwilę układały się w inny sposób, spojrzała na mnie zgóry i odrzuciwszy wtył bujne loki, zapytała bez wstępu:
— Czy to prawda, że kawaler przedziurawił nam czółno?
— Ja?...
— Tak mi powiedział ogrodnik, a teraz mama nie pozwala nam pływać i kazała czółno przywiązać do brzegu, a wiosła pochować.
— Ależ jak ojca kocham, tak nie przedziurawiłem czółna! — tłomaczyłem się jak przed inspektorem.
— Czy tylko z pewnością? — pytała Lonia, bystro patrząc mi w oczy. — Bo to do kawalera bardzo podobne...
Ton panienki nie podobał mi się. Do licha! najmocniejszy kolega nie przemówiłby do mnie w taki sposób.
— Kiedy ja mówię, że nie, to już jest z pewnością!... — odpowiedziałem, silnie akcentując odpowiednie wyrazy.
— W takim razie ogrodnik powiedział nieprawdę — rzekła Lonia, marszcząc brwi.