Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/146

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


szawie najgorszy lichwiarz za trzy miesiące wziąłby ode mnie sześć rubli.
— To niech pan dziedzic posyła do Warszawy — odparł arendarz tonem przyjacielskiej porady.
— Trzydzieści pięć rubli procentu!... — jęknął pan Dudkowski, zaczynając pisać.
— Procentu tylko trzydzieści rubli, a pięć rubli dla Żydka...
— Dla jakiego Żydka?...
— Dla tego, co wczoraj prosił pana dziedzica o arendę ogrodu...
— Co to znaczy?...
— On mój krewny i bardzo wiele stracił przez to, że pan dziedzic nie wypuszcza ogrodu.
— To ten łotr, co mnie przywiózł od kolei za rubla?...
— On bardzo biedny, ma siedmioro dzieci, swego ojca i matkę żony, a tylko jednego konia — odparł arendarz.
Pan Dudkowski o mało nie zapłakał, nie tyle nad biedą furmana, ile nad własną niemocą.
— Rozbijacie w biały dzień!... Pijawki!... Wyzyskiwacze!... — mruczał, pisząc rewers na dwieście trzydzieści pięć rubli.
— Pan dziedzic gniewa się niepotrzebnie — mówił powoli arendarz. — Co ja na panu zarobię, to pan już zgóry odbił w Warszawie na jednym moim krewnym, co najął sklep w kamienicy pana dziedzica. Sklep szedł zawsze po trzysta rubli, a “jemu pan dziedzic kazał płacić sześćset rubli, drugie tyle...
— Bo pod moim domem jeżdżą w tym roku tramwaje — odparł pan Dudkowski, gryząc wargi.
— Dla mnie pan dziedzic lepszy niż tramwaj...
— Co innego mieszkanie, a co innego pieniądze... Taki procent to gorzej niż lichwa.
— Dla mnie dwieście rubli to samo, co dla pana dzie-