Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/142

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Jakto, panie, więc ja nie mam prawa bronić mojej własności?
— Owszem, ma szanowny pan prawo skarżyć przestępców do sądu.
— Ależ nim wypadnie wyrok, to oni mi tymczasem wszystko rozkradną!...
Adwokat wzruszył ramionami.
— Tak chce prawo, szanowny panie — rzekł. — Tą drogą pójdą nasi przeciwnicy.
— Więc oni naprawdę podają skargę?...
Adwokat mocno ścisnął go za rękę.
— Boleję — rzekł — nad szanownym panem, ale popełniłbym występek, ukrywając prawdę. Nauczyciel — dodał ciszej — już zamówił dwie furmanki... Najwyżej za dwie godziny pojadą do sędziego: on z chłopcem i felczer z matką... Jutro zaś...
— Co... co jutro?...
— Jutro może pan być aresztowany.
Pan Dudkowski zakręcił się na miejscu, jak postrzelony gołąb.
— Natychmiast jadę do Warszawy! — jęknął.
— Na Boga!... — zawołał adwokat — to może przyśpieszyć katastrofę.
— Cóż więc robić?...
Adwokat rozłożył ręce i milczał.
— Cóż robić, panie?... — błagał go zrozpaczony pan Dudkowski.
Adwokat nachylił mu się do ucha i rzekł:
— Natychmiast pogodzić się...
— Ale jak?
— Wynagrodzić...
W pana Dudkowskiego duch wstąpił.
— Ależ z największą chęcią!... — zawołał, ściskając obie ręce mecenasa. — Może pan zechcesz być pośrednikiem?...