Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/138

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie podobało im się to — mruczał — że z dniem dzisiejszym położyłem koniec ich gospodarce. Gdybym się o tydzień spóźnił, nie zostałoby ani krzaczka w moim ogrodzie!...
Była już blisko dziesiąta, i pan Dudkowski z wielką przyjemnością dowiedział się od Małgorzaty, że śniadanie gotowe. Ruch na świeżem powietrzu, obok innych szlachetnych skłonności, obudził w nim apetyt. Wypił dwie szklanki kawy i zjadł dwie ogromne chały z masłem, dziwiąc się mimochodem, że na wsi, w ojczyźnie nabiału, śmietanka przypomina zwarzone mleko, a masło trąci łojem.
Przy ostatnich kąskach uczuł znowu tęsknotę za ludźmi. Było mu ciężko, może dlatego, że nie widział swoich lokatorów, a może dlatego, że nie nawymyślał stróżowi i sam nie został zburczany przez małżonkę, która zawsze z rana miała kwaśny humor i skarżyła się na ból głowy. Wspomnienia tak wyczerpały duchowe siły pana Dudkowskiego, że zatoczył się na łóżko i przespał do dwunastej.
O tej porze uczuł znowu głód i wyszedł do ogrodu rozpocząć kuracją owocową. Miał ochotę na maliny ze śmietanką i z cukrem.
Ledwie jednak postąpił parę kroków między zielonym gąszczem, usłyszał szmer i tętent i ujrzał na prawo i na lewo, przed sobą i za sobą, w malinach i w porzeczkach wielką liczbę główek z lnianemi włosami, słomianych kapeluszy i dziecięcych twarzy, poplamionych, szczególniej w okolicy ust, sokiem jagód.
Gniew opanował pana Dudkowskiego, tem bardziej, że nietylko ci szkodnicy, którzy go najpierwej spostrzegli, uciekali sami, ale jeszcze nawoływali innych, mniej uważnych, czy też bardziej zatopionych w malinach. W dodatku przypomniał sobie szpetne propozycje, jakie robili mu wczoraj wieczór.
Spłoszone dzieci pędziły jak stado wróbli, a za niemi pan Dudkowski, jak rozjuszony byk, wrzeszcząc: „Stójcie, łajda-