Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/068

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jakoż, niby to opuścił chatę i poszedł ku miastu. Wnet jednak zawrócił się i stanąwszy za jakimś opustoszałym budynkiem, patrzył.
Z tego miejsca dostrzegł przedewszystkiem, że baba siedzi w oknie i wygląda na dziedziniec.
Miałażby skrzynka być w dziedzińcu?
Wkrótce przypuszczenia jego zmieniły się w pewność, stara bowiem wyszła z chaty i poczęła krążyć po podwórku, coraz bardziej zbliżając się do dołu z gnojówką. Wreszcie, obejrzawszy się wokoło, wzięła w rękę gałąź i poczęła mieszać nią gnojówkę.
Teraz Moszek zawrócił do domu. Wiedział już wszystko.
Wkrótce zjawił się w chacie kontrabandzisty Abraham, i przywitawszy babę, zapytał:
— Był tu Moszek?
— Był.
— Mówił wam co od Wicka?
— Mówił — rzekła baba.
— A wódkę wam przyniósł?...
Baba, już napół pijana, odparła:
— Żadnej wódki nie widziałam!...
— No, to macie! — rzekł Abraham, wydobywając z kieszeni znowu półkwartową flaszkę. — Wicek kazał wam codzień wódkę przynosić i jeszcze prosił, żeby wam na niczem nie zbywało.
On przecie nasz wspólnik — dodał po chwili — to my jego musimy w nieszczęściu ratować.
W taki sposób rozmawiał z kobietą dobrą godzinę, od czasu do czasu spoglądając w okno.
Było południe. Około chaty kontrabandzisty nikt jakoś nie przechodził. Pomimo to matce Wicka zdawało się, że przez dziedziniec przemknął się ktoś, jakby Moszek... Ale, że w czasie rozmowy z Abramkiem kobiecina wciąż ssała flasz-