Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/058

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pałkę i zapalił kaganek. Potem zdziwiony, rozgniewany i trochę przestraszony, począł oglądać nagiego syna.
— Gdzieś odzienie podział?... Coś ty zwarjował? — pytał stary.
— Odzienie objeżczyki mi złapali — odparł syn ponuro.
Objeżczyki? — powtórzył ojciec. — Ewa! — krzyknął na śpiącą żonę i targnął ją za ramię — wstawaj i patrz, jak ten złodziej wygląda... Tyś przepił, sobaczy duchu, odzienie!... Dam ja ci!...
Matka obudziła się z pijackiego snu i nieprzytomnie patrzyła na Wicka.
— W Imię Ojca i Syna! — przeżegnała się.
Ojciec pochwycił gruby rzemień, a syn, choć już mężczyzna dorosły, począł go prosić.
— No, niech tatko nie bije!... Żeby mnie Bóg skarał, tak mi objeżczyki złapali odzienie...
Stary podniósł do góry rzemień i pytał:
— Gdzie ci złapali?... Gadaj prawdę!...
— Złapali nad rzeką... Bom ja niedawno z wody wylazł.
— A coś ty tam robił?... Tylko mów szczerą prawdę...
Wicek przez chwilę wahał się, ale potem wziął na odwagę i powiedział o znalezionym przez siebie pudełku klejnotów i zegarków.
Staremu rzemień wypadł z ręki, a oczy zaświeciły jak próchno.
— Gdzież ta skrzynka? — spytał już łagodnie. — Pokaż-no ją...
Ale syn usiadł na tapczanie, nakrył się derą i odparł:
— Już ja sam sprzedam klejnoty, bo tatko nicby mi nie dał...
— Co ci nie mam dać! — ofuknął stary. — Dam ci zaraz... rubla.