Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/051

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


pies podwórzowy jest dosyć chudy, i że w stodole deski, tworzące ścianę, dadzą się bez trudu wyjąć.
Powrócili do miasteczka.
W drodze spotkali się z mieszczaninem, który szedł ostro, w czapie ua bakier, wygwizdując krakowiaki.
— Co ty tak dziś gwiżdżesz, Wicek? — spytał go wymowniejszy z Cymesów.
— A gwiżdżę, bom zły! Prawda temu, że dzisiaj nie będzie roboty?
— Na granicy parzy — odparł Moszek.
— Cóż tam będą przenosili?... — pytał mieszczanin.
— Podobno coś dużego.
Mieszczanin poprawił czapkę,
— No, to może mi dacie trochę pieniędzy — rzekł.
Żydki poczęły się dziwić.
— Pieniędzy? — powtórzył Moszek. — Wczoraj przecie zarobiłeś trzy ruble.
— Ale dziś nie mam nic.
— To weź od ojca. U niego ruble pleśnieją...
— Może i tak, ale mnie nic z tego.
— Skąpy stary! — mruknął Moszek — a ma gruby grosz... Onby kupił wójtostwo, gdyby chciał.
Mieszczanin, wsadziwszy ręce w kieszenie, patrzył w ziemię i smutnie kiwał głową.
— To mi choć pożyczcie ze dwa ruble — odezwał się do Żydków.
— My sami nic nie mamy! Zresztą winieneś nam ze trzydzieści rubli.
— A tak, za to, że dajecie na kredyt wódkę matce.
— To ci jeszcze źle, Wicek? — spytał Moszek.
— Ma się wiedzieć. Ot i dzisiaj matka upili się, nie zgotowali kolacji, i niema co jeść w domu.
No, pożyczycie dwa ruble?
Obaj bracia wzruszyli ramionami.