Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/036

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie umiem być innym.
— Gdzie pan pójdzie od nas?
— Na spacer.
— A później?
— Na kolacją, a z kolacji na wista. Zbiera się trzech starych kawalerów i jeden wdowiec, ale głuchy.
— Gdybym panu zabroniła iść na kolacją i na wista?
— Byłbym szczerze zmartwiony, bo moi koledzy musieliby grać z dziadkiem.
— Widzę, że pan mówi prawdę. A co pan robi po wiście?
— Czytam książkę do poduszki i zasypiam.
— A z rana co?
— Karmię moje kanarki, znowu czytam, a potem idę na spacer i na obiad.
— Obiad pan jada zawsze w tej samej restauracji?
— Od dziesięciu lat.
— A spaceruje pan zawsze po tej samej alei?
— Także od dziesięciu lat.
— Kiedyż pan myśli o mnie?
— Prawie codzień, gdy spaceruję po ogrodzie.
— I dla mnie zmieniłby pan swój tryb życia?
Drzymalski zamyślił się.
— Z wielką trudnością. Jestem już bardzo stary.
— To znaczy: nie zmieniłby go pan?
— Prawie że nie. Chociaż podobno miłość wiele może.
— Co do mnie, ja nawet dla pańskiej miłości nie zmieniłabym mego trybu, a jest on zupełnie różny od pańskiego.
Drzymalski zaczął kręcić się na taburecie. Anna zapytała go po chwili:
— Jakiż pan wniosek wyprowadzasz z naszej rozmowy?
Rozłożył ręce na znak rozpaczy i uderzył się w kolano.
— Okrutny wniosek — odparł — ten, że pani mnie nie chce. Jest to już piąta rana śmiertelna, jaką zadaje mi płeć piękna.