Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/023

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Skądże się wziąłeś w Warszawie, i do tego w ogrodzie? — zapytał Drzymalski.
— Wczoraj przyjechałem do miasta, a dziś byłem u ciebie w domu. Służąca powiedziała mi, że zastanę cię tutaj, między studnią i wodą sodową — no i zgadła. Jesteś regularny jak zegarek.
— Żaden szlachcic nie zalega tak regularnie w długach, jak ja spełniam moje obowiązki. Tu naprzykład bywam codzień od dziesięciu lat.
— Boże miłosierny! — westchnął Niedojdziewicz. — I co tu robisz codzień?
— Cieszę ludzi moim widokiem, a niekiedy marzę.
— Ty?...
— Czy mi nie wolno? — spytał Drzymalski. — Jestem przecie pełnoletni.
— I bardzo. Ale o czem marzysz?
— Niekiedy podziwiam dobrotliwą Opatrzność, która nad każdą ławką w Saskim Ogrodzie stworzyła drzewo, aby ludzie mieli dosyć cieniu...
Niedojdziewicz spojrzał na niego, niepewny, co myśleć o tej filozofji.
— Zwykle zaś — ciągnął Drzymalski — pieszczę się i dręczę widokiem przechodzących kobiet. O, spojrzyj naprzykład na tę: czy nie piękna? Blondynka, ciemno-szare oczy, grecki profil, a jaki rzut nogi!... Zdaje mi się, że za jeden jej pocałunek oddałbym życie; ale wnet przypominam sobie, że ona takiego, jak ja, nie pocałowałaby nawet za turkusowe kolczyki. Moje zaś dochody nie pozwoliłyby mi ofiarować jej brylantowych...
— Kpisz ze mnie? — spytał Niedojdziewicz, patrząc mu w oczy.
— Mówię zupełnie serjo — odparł Drzymalski z wejrzeniem pelnem smutku. — Ale jestem jak Człowiek śmiechu: kiedy mi serce pęka, ludzie myślą, że kpię z nich. Lecz