Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 02.djvu/022

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Bo mam na co spoglądać — odrzekł. — Gdybyś pan robił to samo, traciłbyś czas napróżno.
Życie prowadził systematyczne. Jadał obiad o drugiej, po obiedzie spał, przed obiadem spacerował. O dziewiątej wieczór szedł na kolacją, później czytał książki, albo grał w wista, a o północy leżał w łóżku. Z rana wstawał o siódmej, karmił i opatrywał swoje kanarki, czytał i przed obiadem szedł znowu na spacer.
Na niedzielę miał inny program zajęć. Po południu składał wizyty różnym starym panom i damom, których już nikt nie odwiedzał, a z rana chodził do kościoła.
— Więc pan bywasz w kościele? — dziwił się jakiś farmazon.
— Bywam.
— Jak można pozować na świętoszka!...
— Rzecz gustu — odpowiedział Drzymalski. — Pan dbasz o łaskę prezesów, a ja o łaskę Boga i świętych. Mam ten zysk, że moi protektorowie nigdy mnie nie lekceważą.
Farmazon oburzył się tak, że przestał witać się z Drzymalskim. Przyjaciele nie omieszkali wyzyskać tego.
— Cóż to, panie Drzymalski, nasz szanowny dyrektor nie wita się z panem?
— Wiem o tem lepiej, aniżeli panowie, bo właśnie wczoraj nie podał mi ręki w salonie, przy pięćdziesięciu osobach.
— I cóż pan na to?
— Powiedziałem mu, że Grand Daniel także nie podałby mi ręki, choć jest bardzo szanownym koniem.
Pewnego dnia, gdy odbywał zwykłą przechadzkę po Saskim Ogrodzie, zastąpił mu drogę tęgi, siwiejący szlachcic. Pan Drzymalski ocknął się z zamyślenia i chwilę popatrzywszy, zawołał:
— Niedojdziewicz!
— We własnej skórze! — odparł przybysz.
Padli sobie w objęcia.