Strona:PL Bolesław Prus - Szkice i obrazki 01.djvu/132

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Tak mówili, wciąż śmiejąc się i wymijając monsieur François, który stał zawstydzony.
Cofnąłem się za drzewo.
— A któż jest monsieur François? — zapytała jedna z panienek najgłośniejszego panicza.
— To mój guwerner! — odpowiedział z akcentem ironji panicz, a potem dodał:
Dziwak, nudny jak lukrecja i skąpy jak licho. Bardzo jestem kontent, że rozstaniemy się z nim od wakacyj.
Z temi słowy skręcili w inną aleję.
Monsieur François znałem z widzenia, a ponieważ stał wciąż na miejscu, jakby niepewny co robić, zbliżyłem się do niego i powitałem.
— Piękna noc — rzekłem.
— A tak...
— Szkoda tylko, że w parku trochę za wesoło.
— Im zawsze wesoło — szepnął guwerner.
Niechętnie machnął ręką i usiadłszy na ławce, znowu patrzył w księżyc.
— Nie rozumiem — odezwał się — jak mogą lubić księżyc ludzie szczęśliwi? To patron tułaczów, symbol nieukojonej tęsknoty i śmierci. Cieszyć się przy jego blasku na jedno wychodzi, co tańcować przy katafalku.
Dziwną wydała mi się ta melancholja w człowieku, którego własny uczeń nazywał przed chwilą skąpcem. Wszak księżyc jest podobny do ogromnego talara — pomyślałem — i już za to samo powinienby cieszyć się sympatją monsieur François?...
Guwerner znowu rozkrzyżował ręce na poręczy i po długiej pauzie zaczął mówić, jakby marząc głośno:
— Księżyc to smutna gwiazda dla tych, którzy go znają, a straszna dla tych, którym wplątał się w życie...
Na te słowa wzburzyły się we mnie wszystkie wiadomości astronomiczne.