Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/232

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Jędrek wyszedł z kąta i wziął do ręki łyżkę, ale zamiast jeść, tak płakał, że Ślimakowi zrobiło się przykro. Matka jednak nie zważała na jego łzy, i potoknąwszy byle jako naczynie, poszła spać.
W nocy, prawie o tej samej godzinie, kiedy nieszczęsny Owczarz dogorywał w jarach, Ślimakową porwały dreszcze. Zbudzony mąż okrył ją kożuchem, i dreszcze powoli przeszły. Na drugi dzień wstała jak zwykle do roboty, chwilami narzekając na ból głowy i krzyża. Mimo to, krzątała się, ale Ślimak po oczach jej zmiarkował, że jest niedobrze, i zesmutniał.
Ku wieczorowi zatrzeszczały na gościńcu sanie i stanęły u ich wrót. Po chwili wszedł do izby szynkarz Josel. Żyd miał tak dziwny wyraz twarzy, że Ślimaka aż kolnęło w serce, gdy go ujrzał.
— Pochwalony — rzekł Josel.
— Na wieki wieków — odparł chłop.
Nastała chwila milczenia.
— Nic się nie pytacie?... — odezwał się Żyd.
— Co ja się mam pytać?... — odparł Ślimak, patrząc mu w oczy i — pobladł, choć nie wiedział dlaczego.
— Jutro — mówił zwolna Josel — jutro Jędrka powołają do sądu za to, co pokaleczył Hermana...
— Niewiele mu zrobią — rzekł Ślimak.
— Zawdy trochę posiedzi w kozie.
— Niech posiedzi. Na drugi raz nie będzie się bił.
W izbie znowu zaległo milczenie, tym razem dłuższe. Żyd kiwał głową, a Ślimak patrzył na niego, czując, że budzi się w nim niepokój. Nareszcie, zebrawszy siły, zapytał się szorstko:
— Macie jeszcze co?
— Co tu dużo gadać? — odparł Żyd, machnąwszy zaciśniętą pięścią — Owczarz i dziecko zmarźli na śmierć...
Ślimak uniósł się na ławie, jakby chcąc rzucić się na