Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/231

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Cosik mi niedobrze — odparła cicho żona.
Ślimak zastanowił się i przepasał rzemień.
— Cóż ci? — spytał.
— Takie mi czarne kręgi stają w oczach i szumi w uszach... O!... czy może tak w izbie piszczy?... — mówiła bezładnie, ukazując rękoma.
— Nie chlaj wódki, to ci nie będzie szumieć — odburknął Ślimak i wyszedł znowu na podwórek, spluwając.
Zdziwiło go, że kobieta ani odezwała się za ciężko pobitym Jędrkiem. Ponieważ jednak gniew znowu uderzył mu do głowy, więc nie mając kogo bić, porwał siekierę i zaczął rąbać drzewo. Rąbał do wieczora, w jednej koszuli, wcale nie jedząc obiadu. Zdawało mu się, że tu, u jego nóg, leżą ci, co mu konie ukradli; więc rzucał się jak wściekły, aż mu drzazgi i polana wylatywały nad głowę, rozsypując się po dziedzińcu.
Nareszcie omdlały mu ręce, zabolał krzyż, a koszula przemokła od potu; zarazem gniew go opuścił.
Wróciwszy do chałupy, w pierwszej izbie nie zastał nikogo. Zajrzał do alkierza. Ślimakowa leżała na łóżku.
— Co ci to? — spytał.
— Trochę mnie rozebrało — odparła kobieta, jak obudzona ze snu. — Ale to nic.
— Na kominie wygasło.
— Wygasło? — powtórzyła. Ciężko podniosła się z pościeli i z niemałym trudem na nowo rozpaliła ogień do wieczerzy.
— Widzisz!... — mówił Ślimak, z uwagą przypatrując się żonie. — Zgrzałaś się wczoraj w karczmie, potem wypiłaś wody z żydowskiej kwarty i jeszcześ se w drodze rozpięła katankę. Zaziębiło cię widać.
— Nic mi nie będzie — odparła opryskliwie. Może nawet lepiej jej się zrobiło, bo odegrzała obiad i dała im na kolację.