Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/229

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wkońcu uspokoiła się i wpadła w zwykłą apatję. Gdy zaś i szmer odjeżdżających ucichnął, podniosła się ze śniegu, i obojętna, jak pierwej, tęgim krokiem poczęła iść ku gminnej kancelarji, niekiedy ciężko wzdychając.
— Już zapomniała — mruknął chłop, niosący za nią papiery.
— Inny raz to głupiemu najlepiej na świecie — odparł jego towarzysz.
Potem obaj umilkli, przysłuchując się skrzypiącemu pod nogami śniegowi.