Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Bóg miły, tak to moja dziewucha!... Patrzajta się!... Moja dziewucha, no — i utrupili ją...
Chłopi, kiwając głowami, przysłuchiwali się gadaniu Zośki. Wreszcie odezwał się sołtys:
— Trza nam w drogę, bywajta zdrowi. Jedźta, kumie Marcinie.
Kum Marcin, zebrawszy lejce, podniósł w górę bat, a w tej samej chwili Zośka poczęła wsiadać na sanie, do nieboszczyków.
— Co ty robisz? — krzyknął dozorca i schwycił ją za sukmanę.
— Przecie to moja dziewucha! — zawołała Zośka, rwąc się na sanki.
— Co z tego, że twoja? — rzekł sołtys. — Tobie inna droga, a jej inna...
— Moja dziewucha!... moja dziewucha!... — poczęła krzyczeć Zośka, trzymając się oburącz sani.
Konie nagle ruszyły, i Zośka upadła na śnieg; ale schwyciła się płozów, i sanie pociągnęły ją za sobą.
— O, nie warjowałabyś! — zawołał dozorca i pobiegł za Zośką z sołtysem i swoim towarzyszem.
— Moja dziewucha!... Dajcie mi moją dziewuchę!... — krzyczała szalona, nie wypuszczając płozów.
Chłopi ledwie ją oderwali, a sanie ruszyły. Chciała podnieść się i biec za dzieckiem, ale jeden z dozorców przykląkł jej na nogach, a drugi schwycił za ramiona.
— Co ci z tego, głupia? — perswadowali. — Przecie dziecka nie ożywisz...
— Moja dziewucha!... Ślimak ją zamroził!... Bodaj go Bóg skarał!... Bodaj on tak zmarzł!... — krzyczała Zośka, wyrywając się dozorcom.
W miarę jednak oddalania się sani, głos jej cichnął, sina z gniewu twarz przybierała barwę miedzianą, a blaski oczu przygasły.