Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/114

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Albo kupiec zna Mateusza?... — spytał.
— Poznam, tylko go przyprowadź.
Niebawem znalazł się Mateusz.
— Masz tu rubla — rzekł przyjezdny — a jak wywołasz do mnie pana, dostaniesz znowu rubla.
Lokaj potrząsnął głową.
— Pan teraz jest bardzo zajęty — rzekł — z pewnością nie wyjdzie.
— Powiedz, że chce się z nim widzieć pan Hirszgold w bardzo pilnym interesie. Powiedz jeszcze, że pan Hirszgold przywiózł list od ojca pani. Masz tu drugiego rubla, żebyś nie zapomniał nazwiska: pan Hirszgold.
Lokaj szybko poszedł do dworu, lecz wrócił nieprędko. Nastała pauza w muzyce, on nie wracał, zagrano polkę, on jeszcze nie wracał, wreszcie — ukazał się.
— Jaśnie pan prosi do oficyny — rzekł do gościa w bobrowym kołnierzu. Poszedł naprzód i otworzył drzwi do pokoju, w którym stało kilka łóżek, w części posłanych, a przeznaczonych dla tancerzy.
Żyd zdjął bogate futro, wziął w rękę bobrową czapkę i usiadł na krześle. Był to przystojny, rumiany mężczyzna, z kasztanowatą brodą, w długim syberynowym surducie. Nogi w lakierowanych butach wyciągnął na pokój, oparł się o poręcz krzesła i, zapatrzony w płomień świecy, czekał i dumał.
W sali muzyka skończyła grać polkę i po niedługiej pauzie zagrała dzielnego mazura. We dworze zgiełk i tupanie spotęgowały się, kiedy niekiedy rozległa się komenda taneczna, po której następował wybuch hałasu, jakby cały folwark miał runąć. Żyd słuchał obojętnie, czekał bez niecierpliwości i dumał, wciąż dumał.
Nagle w sieni oficyny zaszumiało, zabrzęczało, drzwi odskoczyły, jakby je kto wywalił, i — przed oczekującym gościem stanął dziedzic. Ubrany był w kierezję, z czerwonym kołnierzem, pełną kółek i świecideł, w czerwoną czapkę z pa-