Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/115

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wiem piórem, w szerokie spodnie w białe i różowe paseczki i w buty z podkówkami.
— Jak się pan ma, panie Hirszgold! — zawołał dziedzic wesoło. — Cóż to za pilny list od teścia?...
Gość zwolna podniósł się z krzesła, ukłonił się poważnie i, wydobywszy list z wewnętrznej kieszeni paltota — rzekł:
— Niech pan przeczyta.
— Jakto?... Teraz?... Ależ ja tańczę mazura, panie Hirszgold...
— A ja buduję dystans kolei — odparł gość.
Dziedzic przygryzł wąsa, odpieczętował list i szybko przebiegł oczyma. We dworze zgiełk taneczny potęgował się, komenda mazura brzmiała coraz częściej i głośniej.
— Więc pan chce kupić mój folwark? — spytał dziedzic.
— I to zaraz.
— Ależ, panie, ja mam bal w domu!...
— A na mnie czekają koloniści. Jeżeli do północy nie skończę z panem, jutro będę musiał skończyć z pańskim sąsiadem. On zyska, a pan straci.
— No dobrze, to jest... — mówił rozgorączkowany dziedzic. — Mój teść pisze o panu bardzo pochlebnie... Ale w takiej chwili...
— Potrzebuje pan tylko napisać parę słów.
Dziedzic rzucił krakuskę na stół.
— Doprawdy, panie Hirszgold, jesteś nieznośny!...
— To nie ja, to interesa. Chciałbym dogodzić pańskiej familji, ale przedłużyć krótkiego czasu nie potrafię.
W sieni znowu zabrzęczało, i wpadł ułan z krzykiem:
— Bój się Boga, Władku, co robisz?...
— Nagły interes... — tłumaczył się dziedzic.
— Ależ twoja dama czeka...
— Więc niech mnie kto zastąpi, bo mówię ci, że mam nagły i ważny interes.
— Ależ dama!... — biadał ułan, wybiegając z pokoju.