Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/066

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Oto masz — mówił znowu po francusku dziedzic do swego szwagra — oto masz chłopa. Tobie ze swoją żoną rozmawiać nie pozwoli, bojąc się, żebyś jej nie zbałamucił, ale sam bez niej kroku zrobić nie może. Żebyś mu zaproponował najświetniejszy interes, nie wykona go bez sankcji żony, czy też nie zrozumie bez jej wyjaśnień.
— Bardzo dobrze! Tak być powinno! — potakiwała pani, zasłaniając twarz batystową chusteczką. — Wyborni są ci chłopi... Gdybyś ty mnie słuchał, dawno już sprzedalibyśmy tę nudną wieś i uciekli do Warszawy!
— Mój drogi, nie róbże chłopów idjotami — zaprotestował szwagier.
— Nie potrzebuję robić, oni już są idjotami. Nasz chłop składa się z żołądka i muskułów, bo rozumu i woli zrzekł się na benefis swej żony. Ślimak należy do najsprytniejszych chłopów we wsi, a przecież w tej chwili słyszałeś dowód jego głupoty.
— Ależ...
— Żadnego ale, mój chłopomanie. Jeżeli chcesz, mogę cię jeszcze raz przekonać, że to są osły.
— Ależ mój drogi...
— Przepraszam cię — przerwał dziedzic — za chwilę sam zobaczysz, gdzie chłop ma rozum.
I zwrócił się do Ślimaka, który z najwyższym niepokojem oczekiwał skutków wesołej, a tak niepojętej dla niego sprzeczki.
— Więc, mój Józefie, to żona kazała ci, ażebyś wziął ode mnie łąkę w dzierżawę?
— Jużci tak, jaśnie panie.
— I żebyś się dobrze targował?
— Jużci tak. Co prawda, to prawda.
— Wiesz, ile Łukasiak płaci mi rocznie za morgę łąki?
— Gadał, że dziesięć rubli.