Strona:PL Bolesław Prus - Placówka.djvu/047

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dobrze, żeście usiedli — rzekł — bo wciąż po mnie chodzą te Niemce.
— Jakie?
— A te dwa, co byli u nas w polu: stary i z brodą. Nic do mnie nie gadają, czego chcą, ino mnie depczą.
— Śpij, dziecko, tu niema nijakich Niemców.
Stasiek jeszcze mocniej przytulił się do ojca, a że i Ślimaka sen zmorzył, więc obaj upadli na ławę, i chłopak znowu zaczął gawędzić.
— Prawda, tatulu — spytał ojca półgłosem — że woda widzi?
— Co ma widzieć?
— Wszystko, wszystko... Niebo, nasze góry i was także widziała, jakeście chodzili za bronami...
— Śpij, dziecko, nie gadaj od rzeczy — uspokajał go Ślimak.
— Widzi, widzi, tatulu, sam przecie patrzyłem — wyszeptał i zasnął.
Ślimakowi było w izbie za gorąco. Rozmarzony, wywlókł się z chaty i jakby nie na swoich nogach zatoczył się do stodoły. Tu potknął się o Grochowskiego i po kilku próbach trafił do sterty słomy, gdzie utonął tak głęboko, że mu nie było widać nawet butów.
— Ale com krowę kupił, tom kupił — mruknął sobie na dobranoc.