Strona:PL Bolesław Prus - Pierwsze opowiadania.djvu/234

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Zdaje mi się jednak, — wtrącił — że w przyzwoitej zresztą ich zabawie widzę jakiś odcień lekkomyślności...
— Zbyt surowym jesteś, mój drogi!... — zawołała pani. — Oni tym sposobem chcą ci okazać swoje przywiązanie i wdzięczność...
Pan Karol zupełnie uspokoił się i poszedł do swego gabinetu, aby tam, zdala od zgiełku, rozmyślać nad ustawą pracowni dla kobiet, które to zajęcie zaczęło go już trochę nudzić. Pani tymczasem, odwoławszy chłopców na stronę, miała z nimi długą konferencją.
Tego samego dnia, po obiedzie, na którym Jaś znalazł się przy ogólnym stole, a każdy z chłopców dostał po pół kieliszka węgierskiego wina — na intencją promocji, — miał miejsce dosyć szczególny wypadek. W chwili, gdy wszyscy mieli wstawać od stołu, pani Karolowa spojrzała wymownie na synów, Edzio trącił Tadzia kolanem, Tadzio Edzia kułakiem, — poczem obaj stanęli przed ojcem, z bardzo uroczystemi minami.
— Mamy wielką prośbę do ojca... — odezwał się Edzio.
— Chcielibyśmy uczyć Jasia... — zawołał prędko Tadzio.
— Ależ nie tak!... — zgromił go Edzio — ja będę mówił... Chcielibyśmy, żeby Jaś bawił się z nami...
— Właśnie, żeby się bawił!... — przerwał Tadzio.
— Pozwólże mówić mnie!... — upomniał go znowu Edzio. — Chcielibyśmy uczyć Jasia, a jeżeli będzie pilny, bawić się z nim...
Pani Karolowa spojrzała na męża z triumfującym uśmiechem, — rozrzewniony zaś pan Karol zabrał głos:
— Bardzo się cieszę, moje dzieci, że macie tak szlachetne popędy. Owszem, uczcie waszego młodego przyjaciela, tym bowiem sposobem od wczesnego wieku przyzwyczaicie się służyć bliźnim!
— A co, czy nie zrozumieli cię?... — szepnęła pani, nachylając się do małżonka.