Strona:PL Bolesław Prus - Pierwsze opowiadania.djvu/227

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Cóż to! — zawołał gość — niebo, jak słyszę, obdarzyło cię trzecim synem?
— A tak! — odparł ze słabym uśmiechem pan Karol.
— W mieście mówią, że chłopak ładny i bardzo do ciebie podobny...
Pan Karol zarumienił się z oburzenia.
— Mógłbyś nie powtarzać podobnych bredni! — odezwał się do pesymisty.
Nastała chwila milczenia; gość zapalił cygaro i mówił dalej:
— Dobre jest miłosierdzie, mój Karolu, byle nie przesadzone. Żeś wziął chłopca, nic w tem złego, ale w rozpieszczaniu go niema sensu. Gotów wkońcu zapomnieć, że jest sierotą i że potrzebuje sam dbać o siebie.
— Cóż mam robić? — przerwał pan Karol.
— Oddać do rzemiosła! — odparł gość. — Jeżeli chcesz, zarekomenduję ci znakomitego krawca...
Idea ta, bez względu na sposób, w jaki ją podano, podobała się panu Karolowi. Wieczorem rzekł do żony:
— Wiesz, Maniu, że wartoby pomyśleć o przyszłości naszego wychowańca.
— I ja tak sądzę — odpowiedziała pani krótko.
— Jest on biedny, ze sprzedaży po matce zebrało się ledwie kilkadziesiąt rubli... Z drugiej znowu strony kraj potrzebuje zdolnych rzemieślników...
Pani aż klasnęła w rączki.
— Wyborny projekt! — zawołała.
— Oddamy go — mówił dalej — do uczciwego majstra, zgodzimy nauczyciela, będziemy w święta przyjmować u siebie. Chłopiec ukształci się i ogładzi, a gdy wyrośnie na porządnego człowieka, otworzymy mu warsztat...
— Cudownie!... pysznie!... — potakiwała pani.
— Jak nam miło kiedyś będzie powiedzieć sobie, żeśmy społeczeństwu dali użytecznego członka!...