Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/251

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Nie słyszycież, nikt stamtąd nie idzie?... — mówił Horus.
Milczenie.
Księżyc zbliżał się do palmy i już dotknął pierwszych jej liści; miałki piasek cicho szeleścił w klepsydrach.
— Daleko?... — szepnął Horus.
— Osiemset kroków — odparł lekarz — nie wiem, Horusie, czy zdążysz dotknąć wszystkich edyktów świętym pierścieniem, choćby ci go zaraz przynieśli...
— Podajcie mi edykty — rzekł książę, nasłuchując, czy nie biegnie kto z pokojów Ramzesa. — A ty, kapłanie — zwrócił się do lekarza — mów, ile mi życia zostaje, abym mógł zatwierdzić przynajmniej najdroższe mi zlecenia.
— Sześćset kroków — szepnął lekarz.
Edykt o zmniejszeniu czynszów ludowi i pracy niewolnikom wypadł z rąk Horusa na ziemię.
— Pięćset...
Edykt o pokoju z Etjopami zsunął się z kolan księcia.
— Nie idzie kto?...
— Czterysta... — odpowiedział lekarz.
Horus zamyślił się, i... spadł rozkaz o przeniesieniu zwłok Zefory.
— Trzysta...
Ten sam los spotkał edykt o odwołaniu Jetrona z wygnania.
— Dwieście...
Horusowi zsiniały usta. Skurczoną ręką rzucił na ziemię edykt o niewyrywaniu języków wziętym do niewoli jeńcom, a zostawił tylko... rozkaz oswobodzenia Bereniki.
— Sto...
Wśród grobowej ciszy usłyszano stuk sandałów. Do sali wbiegł zastępca arcykapłana. Horus wyciągnął rękę.
— Cud!... — zawołał przybyły. — Wielki Ramzes odzyskał zdrowie... Podniósł się krzepko z łoża i o wschodzie