Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/199

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


pierwszego pokoju, jakby lękając się, ażeby jego rozpustnych projektów nie podsłuchali koledzy.
Lecz koledzy nie zajmowali się nim. Kwieciński, zupełnie ubrany, tylko bez mankietów i munduru, leżał na łóżku, z rękoma pod głową, usiłując to prawą, to lewą nogą dosięgnąć szafy, oddalonej o łokieć. Leśkiewicz zaś, ubrany w krawat i starą marynarkę (dolna część jego istoty znajdowała się jeszcze w płóciennym negliżu), siedział na amarantowym foteliku, którego przeszłość zdawała się być nader burzliwą. Leśkiewicz w prawej ręce trzymał fajkę, lewą odniechcenia opierał na dużym stole, na którym stygnął samowar, walały się okruchy bułek i dwie skórki serdelków.
— No, i co ty wyrabiasz ze swojemi nogami? — odezwał się Leśkiewicz, patrząc z politowaniem pełnem goryczy na gimnastyczne zabiegi Kwiecińskiego.
— Stawiam kabałę: iść, czy nie iść do Tekluni? — odparł Kwieciński.
— Jeżeli powiedziałeś sobie, że nie pójdziesz, to nie idź.
— W takim razie ona może przyjść...
— Masz, djable, kaftan! — odezwał się w drugim pokoju Gromadzki, na którym, pomimo skromności, czy może z powodu jego skromności, imiona żeńskie robiły silne wrażenie.
— A ty, Śledziu, dlaczego się nie ubierasz? — wtrącił Kwieciński, chmurnie spoglądając na negliż Leśkiewicza. — Pominąwszy, że może kto wejść do nas...
— Teklunia!... — zachichotał Gromadzki.
— Ale nawet nieładnie tak pokazywać się sąsiadom zprzeciwka — dokończył Kwieciński.
— Wiesz przecie, że mam robotę — odparł Leśkiewicz. — A jeżeli ubiorę się, z pewnością wylezę na miasto... Znam siebie.
— Więc rób.
— Tak, rób... Ale poco?... Kto mi zaręczy, że nie umrę po ostatnim egzaminie?...