Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/129

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A zapłacił pan kwitami, temi, co to dawało się rubla, a brało dziesięć. I to wiem. Kostka mi gadała...
Lichwiarz ruszył ramionami i, zwinąwszy pieniądze w papier, schował je do kieszeni.
Włóczędze zaiskrzyły się oczy; pokonywając jednak wściekłość, począł znowu prosić drżącym ze wzruszenia głosem:
— Panie Wawrzyniec, niech mi pan da!...
— Nie mogę.
— Choć trochę...
— Ani trochy.
— Choć z parę rubli...
— Ani grosza. To nie moje pieniądze.
— No, to niech pan da ze swoich.
— Nie mogę! Na pogrzeb świętej pamięci żony pańskiej wydałem trzydzieści rubli. Podatki zaległe opłaciłem.
— Jeszczeby panu nie zabrakło, choćby pan i mnie co ofiarował — rzekł włóczęga.
— Jestem biedny człowiek, panie Gołembiowski, i nie mogę rzucać pieniędzy w błoto.
Obdartus zakipiał gniewem.
— Biedny! biedny!... Znają tu pana ludzie i wiedzą, że, jak potrzeba, to pan Gwoździcki i karetą potrafi się przejechać!...
Słowa te straszną w lichwiarzu wywołały zmianę. Wyprostował się, spojrzał wyzywająco w twarz bandyty i rzekł:
— Powiadasz, że mnie znają ludzie?...
Gołembiowski już nie panował nad sobą.
— Co cię nie mają znać! — krzyknął. — I ja cię znam, ty... złodzieju!...
W tej chwili naprzeciw otwartych drzwi izby, w ciemnej sieni, mignęła blada i przerażona twarz Gustawa, lecz kłócący się nie dostrzegli go, a lichwiarz mówił tym samym ostrym i stanowczym głosem: