Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/105

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Co?... — spytał starzec.
— Córka umarła! — powtórzył Wawrzyniec.
Stary spokojnie wyszedł do drugiej izby, popatrzył na niezastygłe jeszcze ciało i wziąwszy na ręce śpiącą Hełunię, wrócił z nią na swoje łóżko.
Niezadługo potem lichwiarz, pomocnicy jego i żebraczka opuścili dom nędzarza.
Byli już w sieni, kiedy z izby Hoffa doleciał ich drżący, lecz spokojny głos starca, który mówił:
— Pójdziemy hajty, Heluniu! pójdziemy bajty!...

Późno w nocy, gdy już ucichła burza i księżyc zaświecił, lekko przymknięte w pokoju Konstancji okno otworzyło się, i ukazał się w niem jakiś mężczyzna.
— Kostka! Kostka!... Kostusia!... — mówił stłumionym głosem przybysz.
Milczenie.
— No, no!... Nie przyczajaj się, głupia, tylko mi daj trochę bibuły, bom już dwa dni nic nie jadł.
Milczenie.
Człowiek przestąpił okno i zbliżył się do zmarłej.
— Patrzcie się, ludzie! — zawołał po chwili — taż ci tu ona bez żartów parę wypuściła!... Fiu! fiu!... zimna baba, jak lodownia... Pokaż-no puls!... Poczciwe żonisko, obrączkę po mnie do grobowej deski zachowała... Daj ją tu, nieboże! już ci się nie przyda! drugi raz chłopa nie dostaniesz!...
Z temi słowy zdjął z ręki trupa obrączkę i zwolna, potykając się, wszedł do pokoju Hoffa.
Starzec nieruchomy siedział na swem łóżku i trzymał na kolanach niespokojnie dyszącą Helunię.
— Stary! stary!... — odezwał się złodziej. — A co to moja naprawdę kopyta wyciągnęła?...