Strona:PL Bolesław Prus - Opowiadania wieczorne.djvu/061

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


pomocy których dosięga drugiego piętra. Tam staje przed niskiemi drzwiczkami, chwilę podsłuchuje, a następnie dotknąwszy klamki, znajduje się w pokoju, w którym pod okratowanem oknem siedzi stara kobiecina w okularach i robi pończochę.
— Wieczór dobry, pani Maciejowa! — zaczął Żyd.
Stara podniosła oczy.
— A, pan Judka!... Dobry wieczór.
— Pan jest? — dodał przybyły nieco przyciszonym głosem.
— Ma się rozumieć.
— A goście jakie są?...
— Jest Hoff... Musi on tu mieć kiepskie interesa, bo często zagląda.
— Ny! ny! — uśmiechnął się Żydek. — Tu nie takie jak on zaglądają.
Stara złożyła pończochę na kolanach i odparła:
— Zawsze to jemu niepotrzebne; ma pieniądze; a kiedy ma, to byłoby mu lepiej chwalić Boga za piecem i panu naszemu w oczy nie włazić...
— Pani go zna? — spytał Judka.
— Jakże nie znam! Będzie temu ze dwadzieścia pięć lat, jakem służyła u niego.
— Ny, to go pani nie zna. On dziś zbiedniał.
— Zbiedniał i do naszego pana przychodzi? U... hu!...
— Co to u... hu?... Przychodzi, bo pożycza pieniędzy, no, i plac swój panu sprzedaje.
— Płac naszemu panu sprzedaje? Ot, sądy boskie!... — szepnęła stara jakby do siebie.
Twarz Judki ożywiła się.
— Co pani tak wydziwia, pani Maciejowa?... — spytał.
— Ba! — odparła kobieta — żebyście wy to wiedzieli, co ja....