Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/291

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


rzec — że społeczeństwu bardzo zależy na tem, ażeby posiadało jak największą liczbę bohaterów…“
„— To prawda!…“ — szepnąłem smutny jak grób.
„— Więc poddajesz się pan woli narodu?…“
„— Czy aby jesteś pan pewnym, że tej ofiary żąda ode mnie naród?…“
„— Spojrzyj, bohaterze, po tym oceanie głów…“ — odparł starzec podobny do naszego dyrektora.
„— Żąda tego cały naród?…“ — powtórzyłem.
„— Jak jeden mąż…“
Rozumiałem, że dalszy opór byłby czynem nieobywatelskim, więc…
Nagle uczułem, że ktoś zerwał ze mnie kołdrę i trzęsie mną, wołając: „Fitulski… bój się Boga!…“
Usiadłem na łóżku… Pokonanie Olejarka i dwunastu bandytów, triumfalny wjazd do Warszawy, — wreszcie nie mające sensu zmuszanie mnie do wielożeństwa — wszystko to był sen… W rzeczywistości stał obok mnie rejent, ze świecą w ręku, odziany w swój plastron…
Co się stało? — zapytałem, czując, że serce we mnie zamiera.
— Ktoś puka i chce otworzyć drzwi — szepnął wylękniony rejent.
— Chce otworzyć? — powtórzyłem. — Aj do djabła!… Niech pan zostanie w moim pokoju…
Wybiegłem do saloniku, z saloniku do przedpokoju, w przedpokoju otworzyłem zamek, potem zatrzask… Ale w sieni — nie było nikogo. Odetchnąłem.
— Nic niema!… — rzekłem do rejenta. — Może śniło się panu dobrodziejowi pukanie?…
— Co mi się miało śnić?… Ja wcale nie spałem i wyraźnie słyszałem, że ktoś z tamtej strony jakby wkładał klucz do zatrzasku…
Aż złapałem się za głowę… Bodaj piorun spalił taką ro-