Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/289

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wszedł do mego pokoju i pokazał mi na swych piersiach duży plastron, który szeleścił pod palcami.
— Wygląda to, jakby pan miał zamiar fechtować się na szpady — rzekłem.
— Gdzież znowu!… To dziś rano uszyła mi moja żona… Tu jest dwadzieścia tysięcy rubli…
Gdy wrócił do saloniku, zgasiłem lampę i zasnąłem jak kamień. Lecz po tym pierwszym śnie, głębokim, spadły na mnie marzenia, chyba najdziwniejsze, jakie miałem w życiu… Śniło mi się, że uzbrojony w rewolwer, schwyciłem Olejarka i dwunastu jego współbandytów. Zuchwali mordercy nawet nie próbowali bronić się. Stanąłem tylko przed nimi, spojrzałem i — natychmiast złożyli broń. Nie koniec na tem: jeszcze bowiem przyznali się do wszystkich zbrodni, wskazali miejsce, gdzie mieli ukryte pieniądze i — bez szemrania zdecydowali się iść za mną do Warszawy, kędy czekało ich srogie więzienie.
Był to wypadek poskromienia bandytów tak nadzwyczajny, że wiadomość o nim rozniosły telegrafy po całej Europie i Ameryce. Nasze społeczeństwo postanowiło uczcić mnie — wjazdem triumfalnym.
Wsiadłem więc na samochód, a raczej na nową maszynę zwaną „Systemem Fitulio,“ jechałem zwolna, a za mną, krok w krok, postępowała schwytana przeze mnie banda, z Olejarkiem na czele. Tłumy ludu na ulicach były tak gęste, jak na pogrzebie najsławniejszego artysty. Krzyczano, klaskano w ręce, obsypywano mnie kwiatami, a wszyscy złodzieje kieszonkowi zobowiązali się tego dnia nie wyciągać nikomu zegarków i portmonetek.
Byłby to najpiękniejszy dzień w mojem życiu, gdybym nie widział, że na kierowniku machiny wisi moja ceratowa torebka z szynką, która już zaczęła cuchnąć. (Jakie to niedorzeczne sny niekiedy prześladują człowieka!)
Pamiętam, że na rogu każdej ulicy występowała jakaś de-