Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/265

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„My się znamy nie od dzisiaj!…“
Znamy się?… Skąd? gdzie? kiedy?… Także znajomość — z pijaczyną, który ledwo trzyma się na koźle…
Powtóre — jegomość w płóciennym kitlu i ryżowym kapeluszu był to człowiek nieduży, siwiejący blondyn, miał bardzo uczciwy, bardzo sympatyczny wyraz twarzy, na której jednak przebłyskiwał szczególny odcień: obawy, czy nieufności?… Mnie się obawia?… mnie nie ufa?…
I te spostrzeżenia trwały nie dłużej aniżeli sekundę. Tak wściekle wypoczęty miałem umysł!…
Tymczasem dziwny jegomość w kitlu mówi do mnie:
— Przypominam się… Jestem rejent Wierzgajło z Kulfonowa, a mam przyjemność rozmawiać z panem Rzempolskim?…
Podniosłem się z górki, syknąłem z bólu, roztarłem nogę potłuczoną i rzekłem:
— Byłbym prawdziwie szczęśliwy, gdybym mógł nazwać się znajomym panu dobrodziejowi — Rzempolskim, bo zapewne poratowałby mnie pan w mojej niedoli… Lecz niestety!… nie jestem Rzempolskim, tylko Fitulskim.
Szpakowaty jegomość klasnął w ręce.
— Z którychże to?… Jak na imię pańskiemu ojcu?…
— Teodor — odparłem, coraz mocniej zdziwiony.
— No, więc pan jesteś cioteczno-rodzonym siostrzeńcem mojej małżonki, z domu Fafulskiej… O Krystynie Fafulskiej musiałeś słyszeć…
— Ja nie jestem Fafulski, tylko Fitulski…
— A a a… Fitulski?… — powtórzył jegomość.
— Niech pan dobrodziej wyobrazi sobie — mówiłem z energją rozpaczy — że dziś o dziesiątej wyjechałem z Warszawy — tu, w tem miejscu, zepsułem rower i potłukłem się, a gałgan chłop, z tamtej chaty, odmówił mi wszelkiej pomocy… Nawet koni do stacji nie chciał mi wynająć, chociaż byłem gotów dobrze zapłacić…