Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/187

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


z zaklętego koła przywidzeń, ile razy wracała mi przytomność, przypominałem sobie z trwogą, nieledwie z rozpaczą, że ja już piątą… szóstą… siódmą noc nie śpię!
Bezsenność męczyła mnie tak okrutnie, że dla wykupienia się od niej, byłem gotów wyrzec się nietylko zemsty nad Leonem, ale nawet… posiadania Karoliny. Owszem, niekiedy przychodziła mi myśl, że bylem sen odzyskał, to jednak potrafię wynaleźć szlachetną dziewicę w guście Karoliny, a jeżeli nie jej samej, to przynajmniej coś w rodzaju Amelji, Walerji, Lucylli, Hipolity… czy ja wiem wreszcie!…
Bardzo lubię mój ścienny zegar, który uroczystym głosem wybija kwadranse i godziny. A jednak — wolałem go zatrzymać, wolałem, ażeby wcale nie chodził i nie bił, aniżeli wśród nocnej ciszy słyszeć — godzinę pierwszą… drugą… trzecią… Lecz i pomimo zatrzymania zegara nie spałem, a gdy lękając się zobaczyć szary blask świtu, nie otwierałem powiek, świergot ptaków, coraz częstsze turkoty wozów, a nareszcie szelest mioteł na ulicy, przypominały mi, że już jest rano i że sen znowu stracony!…
Nareszcie doszedłem do tego stanu, że w mojej głowie istniały tylko trzy myśli: Karolina, Leon i — najgorsza, najdokuczliwsza ze wszystkich — myśl o bezsenności. Nagle uczułem trwogę: zdawało mi się bowiem, że mam początki obłąkania… Więc uwolniłem się z biura i spotniały, z bijącem sercem, około czwartej po południu pojechałem do jednego ze znakomitych lekarzy w Warszawie.
W poczekalni było tylu pacjentów obojej płci i pomimo uchylonych okien takie gorąco, że chciałem cofnąć się. Lecz pyzaty służący, który w jednej ręce trzymał książkę do nabożeństwa, a drugą zwinął nakształt skarbonki, zatrzymał mnie i szepnął, że — niewszyscy, którzy w sali siedzą, są chorymi i że niedługo przyjdzie kolej na mnie. Poradził mi też, abym zajął krzesło niedaleko pieca przy stole, gdzie leżało kilka albumów.