Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/183

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„— Droga pani… droga matko… ponieważ możecie kłopotać się wyprawą panny Karoliny, więc — oto skromna sumka…”
Szlachetnej kobiecie poczną drgać usta ze wzruszenia, na rzęsach pokażą się łzy… Potem staruszka odetchnie głęboko i powie cichym głosem:
„— Taki człowiek jak ty, panie Anastazy, nie mógł inaczej postąpić…”
W tej chwili stanąłem pode drzwiami ich mieszkanka, na drugiem piętrze i zadzwoniłem. Pomimo ósmej godziny wieczór Karolci jeszcze nie było. Witając się z matką, spostrzegłem, że zacna staruszka ma nową, czarną suknię i jest ożywiona: a może tylko światło lampy takie blaski rzuciło na jej zwiędłe oblicze.
— Panny Karoliny niema? — zapytałem trochę poirytowany.
— Od dwóch dni biega za sprawunkami — odpowiedziała staruszka, uśmiechając się tajemniczo.
Za sprawunkami?… — pomyślałem. — Skądże one maję pieniądze?… Chyba zaciągnęły pożyczkę na rachunek moich tysiąca pięciuset rubli?…
Nie podobało mi się to. A tymczasem staruszka wciąż robiła miny tajemnicze, oczywiście chcąc rozbudzić we mnie ciekawość.
Ale mnie w tej chwili dręczyła myśl: czy nie byłoby stosowniej przeznaczyć na wyprawę Karolci tylko — tysiąc rubli?… W takim bowiem razie mielibyśmy na przetrzymanie trudnych czasów dwa tysiące dwieście siedemnaście rubli a może i więcej z tem, co jeszcze uda mi się zaoszczędzić.
Nareszcie powściągliwość staruszki wyczerpała się i zacna kobieta poczęła mówić zniżonym głosem:
— No, przed panem zdradzę sekret, bo pan był zawsze najlepszym przyjacielem. Wie pan, że Leon przyjechał?…
— Któż to jest? — zapytałem oschle, odgadując, że tym