Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/175

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


się w mojej wyobraźni na osobę — w całem znaczeniu brzydką.
Jednem słowem instynktowy odruch, za który nasz bank powinien był dać gratyfikację panu kasjerowi — zabił go w mojej opinji. A jednak, nie dawniej, jak przed kilkunastoma sekundami byłem gotów… zostać jego zięciem!…
No, zaraz zięciem!… Tak się tylko mówi… W każdym razie, o ile pochwały kasjera bardzo podniosły w moich oczach jego samego i jego córkę, o tyle zabezpieczanie kilkudziesięciu sztuk złota przed moją wyciągającą się ręką obrzydziło mi ich oboje.
Muszę dodać, że pan kasjer w jednej chwili oprzytomniał, może nawet zmieszał się i, mocno ściskając mnie, rzekł:
— Już pan chcesz odejść?… A ja mam jeszcze z kwadrans czasu…
— Ale ja nie mam — odpowiedziałem tak oschłym tonem, że aż samemu zrobiło mi się przykro. Obrażać ojca dzieciom, starszego człowieka, kasjera!…
Powróciłem do swego biura, ażeby do piątej popołudniu zapisywać po stronie lewej, co nasz bank jest WINIEN, a po prawej, co MA. Ale robota szła mi nieenergicznie, gdyż z poza artykułów buchalteryjnych coraz to wysuwało się pytanie kasjera: dlaczego się nie żenię?…
To prawda: dlaczego ja dotychczas nie pomyślałem o ożenieniu się? Przecież chyba znalazłbym panienkę młodą, ładną, ukształconą, nawet posażną, a przynajmniej nie wymagającą zbytków. Czy może mam serce zdrewniałe?…
Eh!… co tu dużo gadać. Wszyscy moi koledzy wiedzieli, że dla płci pięknej mam serce raczej za miękkie, aniżeli zbyt twarde.
Już nie mówię o tem, że każda, choć trochę przystojniejsza dama, z bliżej znajomych, robi na mnie piekielne wrażenie. Ale niech tylko zobaczę na ulicy jakąś obcą, byle ładniej-