Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/093

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


właściwszy. Blada twarz medjum była skierowana ku wschodowi.
— A teraz czy widzisz Paryż? — spytał magnetyzer.
— Doskonale — rzekło medjum.
Pamiętna ta chwila stała się początkiem nieporozumień pomiędzy doktorem, który nie wierzył w magnetyzm, i jego przyjacielem, który miał pasją do rzeczy niezwykłych. Doktór bowiem, spostrzegłszy, że medjum patrzy na wschód, a mimo to widzi Paryż — uśmiechnął się.
— Jakto, już się pan śmiejesz? — szepnął jego przyjaciel — już pan drwisz, choć jeszcze nic nie widziałeś?...
— To, co widzę, wystarcza.
— Wystarcza pańskim uprzedzeniom!... — mruknął przyjaciel, gryząc wargi.
Magnetyzer znowu podniósł rękę. W sali ucichło.
— A teraz — mówił magnetyzer — cofam twoją myśl o lat pięć wstecz. Rok... (Tu cofnął fotel.) Dwa lata... (Drugie cofnięcie.) Trzy, cztery, pięć lat!...
Skutkiem cofania myśli w przeszłość, fotel ze śpiącym naturalistą znalazł się pod piecem. Magnetyzer musiał sprowadzić go na poprzednie miejsce, co powinnoby zatrzeć w pamięci medjum obrazy przeszłości. Doktór znowu uśmiechnął się.
— Pan, widzę, umyślnie mnie szykanujesz — rzekł drżący z gniewu przyjaciel i, napiętnowawszy wzrokiem impertynenckie miny doktora, przeszedł na drugi koniec sali, mrucząc:
— Dziś dopiero zrozumiałem tego człowieka... Po tylu latach!...
Boleść jego o wiele przewyższała winę sceptycznego doktora.
Tymczasem magnetyzer począł zadawać uśpionemu szereg pytań, na które medjum odpowiadało mniej lub więcej jasno. W taki sposób utworzyła się dosyć dziwna historja, dotycząca przeszłości i przyszłości Juljana Z., którą tu podajemy.