Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 03.djvu/087

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Z jadalni wbiegł kredencerz, z przedpokoju obaj wygalonowani lokaje.
— W sali lustro przy kominku niewytarte... W pokoju pana lampa filuje i fotele zanadto przysunięte do stołu... W moim — na albumie inkrustowanym leżą dwa ciężkie... Ładny porządek!
Lokaje rozbiegli się, ażeby poprawić uszkodzenia; kredencerz stał wyprostowany. Pani zwróciła się do niego.
— Kucharz przyszedł?
— Już jest. Mówi, że masła za mało.
— Jeżeli za mało, niech dołoży ze swojej śpiżarni. Wino przyniesione z piwnicy?
— Jeszcze jaśnie pan nie dał klucza.
— A co pan robi?
— Jaśnie pan czyta „Kurjera Porannego.“
— O tej porze?... Proś pana, ażeby ubrał się i dał klucz. A wina wziąć tylko dwadzieścia butelek, bo jutro się sprawdzi.
Kredencerz cofnął się za drzwi, pani przeszła do salonu. Tam spojrzała w lustro, a dostrzegłszy na twarzy ślady gniewu, uśmiechnęła się dla wygładzenia rysów i ukłoniła się samej sobie: z powagą, serdecznie, majestatycznie i wyjątkowo grzecznie — dla wprawy, aby każdemu gościowi oddać taki ukłon, jaki odpowiada jego towarzyskiej pozycji.
Zegar wybił wpół do dziewiątej i pani zaczęła się niecierpliwić, że niema gości, choć raut, na żądanie magnetyzera, zapowiedziano w wyjątkowo wczesnej porze. Wnet jednak, opamiętawszy się, powtórzyła serją uśmiechów: szczerych, pobłażliwych, naiwnych i wesołych, wiedząc, że dziś każdy się przyda. Naprzeciw lustra, przed którem odbywały się te ćwiczenia, w drugim końcu sali stało również lustro. I otóż pani X. zobaczyła w niem swój salon, znowu salon, jeszcze salon i nieskończenie długi szereg wielkich, pięknych lecz pustych salonów, a w każdym samą siebie zawsze piękną, zawsze pięknie ubraną, i zawsze niezadowoloną. Zdawało jej się, że