Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/240

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ma widoków. Jedni radzili cierpliwie czekać „lepszych czasów,“ a drudzy — jechać do Warszawy.
— Jakto? — spytał pan Karol. — Jechać do Warszawy, z rodziną, na niepewne?...
— To też zostaw pan rodzinę tutaj. Sędzia Majewski, który jednocześnie z panem spadł z etatu, miał tyle rozumu, że natychmiast wyjechał. To też w pół roku dostał posadę przy jakiejś warszawskiej redakcji, ściągnął rodzinę i dziś — znowu są wszyscy razem, a nawet dobrze im się wiedzie...
Pan Karol zgnębiony wrócił do domu. Tej nocy nie spał, a na drugi dzień był mizerny, jak po chorobie. Jadł mało — milcząc, z rękoma w kieszeniach chodził po ciasnem mieszkaniu — i wymęczał w sobie projekt wyjazdu do Warszawy, bez żony i bez dzieci!...
Pani Gabrjela spoglądała na niego, pełna niepokoju. Wreszcie ośmieliła się zapytać, co mu jest...
— Muszę jechać! — odparł, nie patrząc na nią.
Żonę coś tknęło. Po chwili milczenia rzekła:
— Ty?... jechać?... Jakto — jechać?...
— Pojadę do Warszawy starać się o zajęcie. Dłużej nie może być tak, jak jest...
Pani Gabrjela nie umiała na to znaleźć odpowiedzi, ale wyręczyła ją siostra Karola.
Objęła brata rękoma za szyję, pocałowała go w czoło i rzekła:
— Teraz widzę, że jeszcze jesteś człowiekiem!... Tak — jedź... Jeżeli tu zostaniesz, twoją żonę czeka nędza, a ciebie rozpacz, bo tu — niema dla nas chleba. Zato w Warszawie jest go pełno...
Po takiem przemówieniu wróciła na swoje miejsce i cisza zaległa mieszkanie. Przez kilka minut słychać było tylko oddechy dzieci, śpiących w drugim pokoju.
— Więc... kiedyżbyśmy wyjechali?... — szepnęła pani Gabrjela.