Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/219

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


— Toś pan sam pisał te wierszydła? — spytał dzikus.
— Ja, słowo honoru...
— W takim razie — przerwał mi stary zacofaniec — szczęśliwy pański ojciec, że nie żyje! Bo gdyby doczekał „Nerona,“ to pewnie z rozpaczy w łebby sobie strzelił... a może i panu!
W tydzień musieliśmy się wyprowadzić, naciskani przez nieludzkiego sąsiada, gospodarza domu, a nawet rewirowego. Ciocia była bardzo zmartwiona i stratą lokalu i, jak mówiła, nieprzyzwoitością poematu, ale ja w oceanie goryczy znalazłem odrobinę zadowolenia, przekonawszy się, że stworzyłem dzieło, odznaczające się oryginalnością i siłą.
W kilka miesięcy po ukończeniu rozdziału: „Orgja“ i zupełnem przyjściu do zdrowia, zacząłem znowu myśleć o „Neronie.“ Szukałem materjałów do rozdziału: „Pożar.“
Przypomniawszy sobie prawidło, że poecie wolno potęgować rzeczywistość, postanowiłem — szukać pożarów małych, i z pojedynczych obserwacyj utworzyć obraz... wielki.
Los napozór sprzyjał mi. Jednego wieczora zobaczyłem z naszych okien — łunę. Rzuciłem szlafrok, ubrałem się i wybiegłszy na ulicę, wsiadłem do dorożki, która w parę minut dowiozła mnie na miejsce.
Trafiłem doskonale, paliło się bowiem kilka drewnianych budynków na przestrzeni dość zacieśnionej. Usłyszałem trzask płonącego drzewa, jęki pogorzelców, krzyk ludu. Przedarłem się przez tłumy i — zadyszany, z zaiskrzonem okiem, zbliżyłem się tak, żem czuł gorąco ognia i zapach dymu. Wydobyłem mój notatnik i przy czerwonem świetle zacząłem utrwalać — wrażenia...
Wtem — jakaś nieumyta ręka wytrąciła mi książeczkę. Ktoś schwycił mnie za kołnierz i nim zdołałem zaprotestować, postawił mnie przed sikawką.
— Kiedyś tu wlazł, gapiu, to pompuj! — krzyknął mi w ucho jakiś grubjanin.
Ponieważ słowom jego zawtórował śmiech pospólstwa, więc,