Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/211

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— A zatem — rzekła stanowczym głosem — proszę pana o wydobycie mojej sumy. Gdyby zaś robiło to panu trudności, w takim razie osobiście sprawę załatwię.
I wyszła, a pan Paweł został na środku pokoju jak żona Lota, która zamieniła się w słup soli.
W przedpokoju piękna wdowa minęła się z Gawłem, który przyszedł do adwokata we fraku i białych rękawiczkach. Za nim posłaniec niósł pod pachą spore zawiniątko.
Pan Paweł przyjął swego protegowanego z lodowatą obojętnością. Ale Gaweł nadto był wdzięczny, ażeby podobnemi drobiazgami mógł się zrażać.
— Panie adwokacie! — rzekł Gaweł. — Przed dziewięcioma miesiącami przerwałeś pan sen, ażeby zrobić mi łaskę. Dziś zrób mi drugą łaskę i — przyjmij ten mały dowód nigdy niewygasłej wdzięczności.
To mówiąc, wziął od posłańca zawiniątko, wydobył z niego śliczną aksamitną poduszkę i uroczyście doręczył ją Pawłowi, z którego o mało życie nie uciekło.
— Z tej strony — mówił Gaweł — wyhaftowane jest to...
Adwokat przeczytał na poduszce napis:
Pamiątka przerwanego snu. Dnia... roku...“
— A z tej strony — mówił dalej Gaweł, odwracając poduszkę — jest to...
Pan Paweł przeczytał:
Cnota bywa niekiedy wynagradzana i w tem życiu.“
— Ach! — westchnął adwokat, gorzko żałując, że jego cnota nie została wynagrodzona dopiero w życiu przyszłem.
Swoją drogą Gawłowi ciężar spadł z serca.
Wrócił do domu bardzo kontent i zdejmując frak, mówił do żony:
— Miło mi, że przynajmniej tym sposobem okazałem zacnemu Pawłowi moją wdzięczność!...