Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/210

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


wał w łaskach, pan Paweł tracił dawne względy, a wdówka drobnym, ale pewnym krokiem zbliżała się do — powtórnej zmiany stanu.
Swoją drogą, żal jej było adwokata, więc zdecydowała się na ostatnią próbę. Poszła sama do jego mieszkania z prośbą o wydobycie pewnej sumy pieniędzy, ulokowanej na hipotece.
— Poco się pani śpieszy? — spytał adwokat — lokacja jest pewna, procent dobry, niech więc suma leży — choćby do końca świata.
— Co mi z tego, kiedy ja gotówki potrzebuję! — odparła wdowa.
— Na co? — szepnął pan Paweł.
Pani zarumieniła się, ale rzekła bez wahania:
— Wychodzę zamąż!...
Pan Paweł zbladł. Zaczął przewracać papiery leżące na biurku, odchrząknął i... nagle ujął damę za rękę.
— Pani! — rzekł — czy zamiar pani jest nieodwołalny?
— Co do podniesienia sumy — tak.
— A co do oddania rączki swojej... temu...
— To zależy!... — odparła dama, patrząc na adwokata z nieudaną życzliwością.
Pan Paweł zrobił postanowienie. Pocałował damę w zgrabną rączkę, klęknął u jej nóg i rzekł:
— Pani!... Od roku pragnąłem...
W tej chwili ktoś mocno szarpnął za dzwonek — raz, drugi i trzeci...
Wybiegł lokaj z przedpokoju, ruszyli się dependenci w kancelarji.
Ktoś dzwonił, jak na podniesienie.
— A niechże was djabli porwą! — zaklął adwokat, powstając na równe nogi.
Dama także podniosła się z fotelu, blada, z okiem błyszczącem. Pozycja jej stała się śmieszną.