Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/197

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Dosyć panie! Będę i ja równie szczerą i powiem panu, że życzliwość moją, serdeczną, dozgonną życzliwość, posiąść może taki człowiek, którego szlachetna dusza nietylko skłonna jest do poświęceń, ale nawet — zapomina o czarnej niewdzięczności innych ludzi. A takiego człowieka już znalazłam...
— Pani!... aniele!... — zawołał Plunio, upadając przed nią na kolana.
Został na wsi do końca lata, a w jesieni otrzymał rączkę i posag niedoszłej narzeczonej swego niewdzięcznego przyjaciela.
O szczęśliwym wypadku tym Norcio dowiedział się z gazet. Zirytował się tak, że aż pobiegł do doktora radzić się.
— Cóż panu jest? — pytał lekarz.
— Świat mi obrzydł! — odparł krótko Norcio.
— Hipokondrja — mruknął lekarz. — Podróżuj pan.
— Nudzą mnie podróże!
— Bywaj pan w wesołych towarzystwach.
— Nie lubię towarzystw!
— Ożeń się pan.
— Chybabym zwarjował... Te kobiety!... znam je...
— Hum! przykry to stan. Więc wystaraj się pan o jakiego przyjaciela.
— A do piekłabym uciekł, gdyby mi się trafił jaki nowy przyjaciel! To, panie, największa plaga na ziemi ci przyjaciele...
Lekarz wstał z krzesła.
— No — kiedy wszystko dla pana złe, to... strzel sobie w łeb!
— Strzelałem sobie w łeb i spaliło mi na panewce — jęknął Norcio.
— W takim razie — rzekł lekarz, kłaniając się — racz pan nie zabierać czasu mnie i moim pacjentom. Ja już dla pana nie mam recepty!