Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/196

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Odwiódł kurek, przyłożył lufę do skroni.
— Stój! — krzyknęli wszyscy.
Norcio pociągnął cyngiel.
Pęc!
Spaliło na panewce!
— A niechże mnie djabli porwą z takiem szczęściem! — wrzasnął Norcio, z całej siły rzucił pistolet na ziemię i — wsiadł do karety. Gdy odjeżdżającego zakrył tuman kurzawy, najstarszy świadek rzekł, wskazując na niego palcem:
— Patrzcie! oto człowiek, który przez swoją wściekłość stracił przyjaciela i śmie jego szlachetności przeciwstawiać — znowu swoją wściekłość!
Tego dnia całe miasto unosiło się nad szlachetnością Plunia.


∗             ∗

W parę tygodni później, Plunio, który wypadkiem tylko zdrapał sobie kulą skórę na małym palcu, na skutek listu ojca panny Cecylji, wyjechał na wieś. Tam ojciec, Cesia i kuzyn Franio witali go jak bohatera i upewnili, że do końca lata nie wypuszczą.
Panna Cecylja okazywała mu szczególniejszą przychylność.
— Rana pańska już się zagoiła? — pytała, patrząc mu tkliwie w oczy.
— Oddawna! Takie rany łatwo się goją...
— Rozumiem! — rzekła panna. — Trudniej daleko goi się serce zranione przez przyjaciela.
— Zgadła pani. Ale ja i na te cierpienia znam lekarstwo.
— Czy mogę wiedzieć, jakie ono? — spytała zarumieniona Cesia.
— Powiem wprost. Oto zapomnę o wszystkiem wówczas, gdy pani wrócisz Norbertowi swoją życzliwość, gdy zechcesz... być jego aniołem...