Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/194

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Jak rozbójnik! — przerwał Norcio. — Mniejsza o to, nie zabiję go.
Niebawem zajechały dwie karety. W jednej siedział lekarz z sekundantem, w drugiej umieścił się Norcio również z sekundantem.
Na drodze ku Bielanom, kawalkada wyminęła inne dwie karety. W jednej z nich Norcio ujrzał bladą twarz Plunia i cofnął się zły jak szatan.
— Jakie to siedzenie twarde, istny karawan! — mówił Norcio do sekundanta.
— Przeciwnie, ja sądzę, że jest bardzo miękkie.
— Czy uważasz, jaki szkaradny kolor ma niebo?
— Dajże pokój! jest piękne jak rzadko.
— Zbrzydł mi świat! — mówił Norcio. — To jedno mnie pociesza, że za godzinę żyć już nie będę.
Chwila milczenia.
— Jakkolwiek nie wątpię, że wyjdziesz z pojedynku szczęśliwie — odezwał się sekundant — z tem wszystkiem... czyś uregulował swoje interesa?
— Cały majątek zapisałem na szpital i dom przytułku dla psów, które panów nie mają — odparł Norcio.
Sekundant zapalił cygaro.
W kwadrans później Plunio i Norcio znaleźli się w pięknym dębowym lasku. Sekundanci nabijali broń, Norcio gwizdał przez zęby, a Plunio mówił do lekarza:
— Nie męcz mnie pan bardzo, gdy zostanę ranny!
— Kto to wie! — odparł lekarz. — Może właśnie szanowny przeciwnik pański dostanie się w moje ręce?
— Ja do niego nie strzelę... — szepnął Plunio.
— Wszystko gotowe! — rzekł jeden ze świadków.
W sercu Plunia dziwne obudziło się pragnienie. Chciałby on (co za wybryk fantazji!) na najwyższym dębie lasku postawić dąb jeszcze wyższy, na nim jeszcze wyższy, a na szczycie tego ostatniego... siebie!