Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/193

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Wówczas dopiero zacietrzewieni przyjaciele poznali się, przerwali walkę i powstali z podłogi.
— Zdrajco! — krzyknął Norcio do Plunia.
— To ty?!... — zawołał zdumiony Plunio.
— Wyzywam cię na pojedynek, w którym jeden z nas musi paść trupem! — rzekł Norcio.
Plunio skamieniał.
— Zaco on mnie wyzywa na pojedynek? Ja chciałem zobaczyć czy śpi, czy nie jest chory, a on się na mnie rzucił. Myślałem, że to rozbójnik jaki zakradł się do jego pokoju.
— Panie Norbercie! — odezwał się ojciec Cesi.
— Zabiję łotra! — krzyczał Norcio — albo sam zginę.
Tym sposobem, dzięki nieporozumieniu, przyjaciel Plunia stał się jego śmiertelnym wrogiem.
Na drugi dzień rano obaj panowie, każdy inną drogą, wrócili do Warszawy. Tego samego dnia Plunio został wyzwany na pojedynek wedle wszelkich prawideł. Biedak! pożółkł i schudł w ciągu tych kilkunastu godzin.


∗             ∗

— Mój kochany — mówił do Norcia jeden z jego sekundantów — że za kilka godzin masz się strzelać z Kichalskim, to nic, ale to gorsze, że całe miasto na ciebie krzyczy.
— Za co? — spytał Norcio.
— Hum! za co? Bądź jak bądź, był to twój najszczerszy przyjaciel, przyjaciel, jakiego nie miałeś i mieć nie będziesz, przyjaciel, którego wszyscy ci zazdrościli.
— Łotr skończony!
— Tak mówić nie masz prawa, ponieważ on składał ci ciągle dowody przywiązania, pobłażliwości nieograniczonej, a nawet poświęcenia. Ot i w ostatniej awanturze, on szedł zobaczyć czyś nie chory, a tyś go napadł. On postąpił z tobą jak najlepszy brat, a ty jak...