Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/184

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Potem zbliżył się do siedzącego Plunia.
— Patrz, Norciu! — wołał Plunio. — Patrz!
Norcio wpadł w gniew. Ten nadmiar odwagi w pulchnym przyjacielu podrażnił jego miłość własną.
— O trzysta rubli założę się — krzyknął — że nie wytrzymasz!
Plunio wyciągnął rękę.
— W mojem biurku — rzekł — znajdziesz trzysta rubli, jeżeli przegram.
— Jestem świadkiem! — odezwał się dentysta, a potem, zaglądając w szeroko otwarte usta Plunia, dodał:
— Tak! te trzy ząbki warto wyjąć, a nawet... i te dwa. Przydałaby się także panu dobrodziejowi sztuczna szczęka... A teraz... Wodę mamy... miednicę mamy... Możemy zaczynać!
— Pluniu! zastanów się — mitygował go rozdrażniony Norcio.
— Nie cofam zakładu! — odparł Plunio. — Niech pan zaczy...
Coś zgrzytnęło jakby kto orzech zgryzł.
— Ach! — jęknął Plunio.
— Jeden! — rzekł dentysta. — Niech pan dobrodziej usta wodą popłucze.
— Pluniu! nie bądźże warjatem. Ja zrzekam się zakładu! — wołał Norcio i zaczął biegać po pokoju.
— Trzymam zak... — szepnął Plunio.
Coś zgrzytnęło, jakby kto orzech zgryzł.
— Oj! — jęknął Plunio.
— Dwa! — rzekł dentysta. — Niech pan dobrodziej usta wodą popłucze.
— Pluniu! ja ci dam trzysta rubli bez niczego, tylko przestań, bo konwulsyj dostanę — błagał Norcio. — Warjatem trzeba być.
— Owszem — przerwał dentysta — te trzy zęby należało wyjąć. To było konieczne.