Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/173

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Ja was przeprowadzę! Nie wtrącicie się do niczego — zawołał Plunio.
— Nie chciałbym też nigdy gadać z gospodarzem, bo to wszystko błazny.
— Ja za was będę płacił.
Norcio znowu zamyślił się.
— Lokaj mnie też strasznie okradał zawsze.
— Mój będzie wam usługiwał, a nad wydatkami — ja czuwam!
Norcio w tej chwili pomyślał, że nowy przyjaciel będzie go okradać jeszcze lepiej, ale ugryzł się w język. Zresztą pieniądze nie obchodziły go, byle nie miał z niemi kłopotów.


∗             ∗

W parę tygodni po opisanych wypadkach, Norcio miał już znakomicie lepszy humor.
Przedewszystkiem zmienił mieszkanie i dostał się pod opiekę Plunia. Z nowym gospodarzem domu nie rozmawiał, a nawet nie widział go; pieniędzy lokajowi nie wydawał, ponieważ Plunio pełnił obowiązki jego kasjera i szafarza. Słowem był spokojniejszy niż zwykle.
Niezależnie od tego Plunio robił mu drobne przyjemności. Na każdą nową sztukę, nie pytając, kupował bilety do teatru, obmyślał spacery na nieznane ulice, a gdy Norcia w wycieczkach tych nogi zabolały, umiał zawsze jakby z pod ziemi wydobyć dorożkę. Wystarał mu się też o młodego buldoga i nazwał go Kastorem, co bardzo rozrzewniło Norcia.
Ludzie, którzy jak wiadomo, mocniej interesują się sprawami bliźnich niż swemi, zauważyli w Norciu pewną zmianę na korzyść i przypisali to nie bez racji uszlachetniającemu wpływowi Plunia. Ważniejszem jednak było to, że młoda mężateczka, którą Norcio admirował (i obraził onego czasu w Saskim ogrodzie), zaszczycała go znowu swemi względami. Pod