Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/159

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Co mi tam kreton!... Tu nas okradli... Goń złodzieja, Piotrze!...
Wioliński pocwałował na ulicę.
— Kupiłam kreton — opowiadała Helenka — i ledwiem wyszła ze sklepu, jakiś niegodziwiec zaczepił mnie...
— A kajdaniarz! — mruknął major, myśląc o swoim paletocie.
— Pan Robek w domu? — zapytał ktoś w sieni.
— Jestem! jestem!... Uspokój się, majorze, przyszedł rewirowy... Pewnie złodzieja złapano...
— Ja taka przestraszona szłam i w drodze widać wysunął mi się pakiet — mówiła Helenka.
— Chwała Bogu! — rzekł major, patrząc na rewirowego.
— Cóż, złapał pan złodzieja? — pytał niecierpliwy Robek urzędnika władzy policyjnej.
— Ja o żadnym złodzieju nie wiem — odparł rewirowy. — Ale pan zamknął na strychu jakieś dwie baby, które wytknęły głowy przez dymniki i krzyczą tak, że się na całej ulicy rozlega.
Robek schwycił się za głowę.
— A niechże cię!... na śmierć zapomniałem...
I pobiegł z rewirowym na górę.
W sieni wyminął się ze służącym lokatora z drugiego piętra, który niósł jakąś kartkę. Helenka, usłyszawszy, że odpowiedź ma być natychmiast, rozwinęła ją i przeczytała:

Wielmożny Józef Robek. Jeżeli pan w tej chwili nie przeprosisz mojej żony i córki, w takim razie za godzinę przyszlę sekundantów.

Herkules Dyndalski.

— Majorze, co to jest? — spytała przerażona Helenka.
— Aj! nic!... głupstwo!... — odparł zakłopotany major. — Józef robi awanturę po awanturze... Zabronił tej pannie grać, źle przyjął jej ojca, no i teraz...