Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/158

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Robek stropił się.
— Jeżeli pan — prawił dalej muzyk — koniecznie chce utrzymać zakład, z którego ja radbym się już wycofać, w takim razie czekam najdłużej do szóstej. Do tego czasu mogą nam przerywać, ale potem — daruje pan...
— Racja! racja! — rzekł major — chociaż gdybyś Józefie chciał posłuchać mnie...
— Mój drogi — przerwał Robek — zgadzam się na wszystko, lecz proszę cię, abyś się wmieszał do sprawy dopiero wówczas, gdy ja sam tego zażądam. W tak wyjątkowych warunkach nadmiar gwałtowności może nas zaprowadzić zbyt daleko. O!... lepiej posłuchaj, jaka teraz cisza!... Masz pan, panie Wioliński, sam się przekonaj...
Z podwórza zawołano:
— Panie gospodarzu!... panie Robek!...
— Czego chcecie u djabła? — spytał Robek, wytykając głowę oknem.
— Piotr stoi w bramie i okrutnie woła pana do siebie... Mówi, że mu pan nie kazał odchodzić...
— No, no! niech przyjdzie... Co to może być?...
Wezwany stróż ukazał się na podwórzu z miną wielce przestraszoną.
— Panie mój — wołał do okna — czy pan kazał komu wynieść rzeczy od siebie?... Bo tu jakiś szedł z dużem zawiniątkiem i mówił, że pan mu kazał... Chciałem pogonić, bo mi się nie widziało, ale uciekł, a ja od bramy odejść nie mogłem...
Major już był w przedpokoju, za nim podążył Wioliński.
— Mój paletot ukradli!... — krzyknął artysta.
— I mój!... — powtórzył major.
— Co wy mówicie? — jęknął Robek. — O hultaj stróż!...
Do przedpokoju wbiegła zapłakana Helenka.
— Ach, tatku, zgubiłam mój kreton! — zawołała, wybuchając płaczem.