Strona:PL Bolesław Prus - Nowele, opowiadania 02.djvu/108

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


— Boga w sercu nie miał, czy co, żeby aż wybitem oknem łazić?... — szepnęła gospodyni.
— Jak, mówię wam, wlazł pociemku, tak se ognia skrzesał, żeby chłopa ujrzeć. Ale zobaczył tylo trumnę jego, w kącie na marach stojącą...
— O, Jezuniu!... Jezuniu! — wrzasnęła nagle Magda, zrywając się. — A dyć tu cosik siedzi pod ławą i łapie mnie za nogi!...
— Cicho bądź, głupia! — zgromiła ją Franka. — To ja chciałam się podrapać, a ona już krzyczy, jakby w nią złe wlazło.
— Dmuchający sobie zatem on szynkarz na hubkę, podeszedł do trumny i zdjął wieko. Aż ci tu raptem podnosi się nieboszczyk, ten chłop, co niby na cholerę zmarł, i pyta się: „Gdzie ja jestem?... wszelki duch Pana Boga chwali!“ — „A gdzie masz być? — mówi szynkarz — jużci że w trupiarni, boś umarł.“ — „Co miałem umrzeć?“ — mówi chłop, ale jak się pomiarkował, że siedzi w trumnie, tak dalejże molestować szynkarza: „Bracie kochany! wyprowadźże mnie z tego nieszczęścia, widzisz przecie, jako nie jestem nieboszczyk.“ A szynkarz mu na to (bo miał już dobrze we łbie): „Żebyś ty nie był nieboszczyk, umarły jak się należy, toby cię nie opisali i tu nie postawili.“ I zamknął wieko, aż z chłopa naprawdę duszę wycisnął.
— Oj! dla Boga, już chyba nie wytrzymam! — jęczała Magda.
— Ej, cicho... bo jak złapę na cię drewna! — upomniała ją Franka.
— Takim sposobem, mówię wam — ciągnęła starucha — szynkarz zrobił swoje jak prawdziwy chwat, ale wkońcu i jemu śmiałości zabrakło. Bo kiedy przez okno, moiście wy, wracał napowrót do kuma, zaczepił się kapotą o gwóźdź... Jedną razą, zmiarkujta sobie, jak nie krzyknie: „Kumie, ratuj! bo mnie nieboszczyk złapał!...“ — i bęc przez futrynę.